czwartek, 30 lipca 2015

z okna samochodu...

















widziałam ich raz... przez trzy sekundy... z okna samochodu... i nigdy więcej ich nie zobaczę... szli razem... Ona pchała wózek z dzieckiem... On niósł zakupy... stali przed przejściem dla pieszych... sznur samochodów... każdy się spieszy... my też do Tyma...babcia już sms-y wypisuje czy mleko mu zrobić... nie nie mamo... ja już zaraz będę... M. się zatrzymał ...  Ona szczupła... i zwiewna... włosy do ramion... zbyt krótkie i zbyt długie jak dla mnie... nie wyszłabym w takiej fryzurze z domu... tak myślę... ale ona taka piękna w tej burzy loków... świeżo umyte... blond z ciemnymi odrostami...
On jakby od niechcenia ... podnosi rękę w podziękowaniu za to że M. się zatrzymał... choć ręce pełne siatek z zakupami... i wielka paczka pieluch...nie szczerzy zębów w uśmiechu... ale widać że taki pogodny... wyglądają jakby skończyli dopiero co 19 lat... zbyt młodzi tak myślę... żeby ten wózek pchać... ale Oni tacy piękni... idą w stronę wielkiego blokowiska... pewnie do tego mieszkania... gdzie kuchnia jedna pod drugą... i lampa w każdym zbyt ciasnym mieszkaniu... nad stołem w tym samym miejscu...
oddalają się... szkoda... a my odjeżdżamy...


jechałam z mamą i Tymonem do wielkiego miasta... do lekarza... no bo gdzie i po co ta matka polka najczęściej się wybiera... do lekarza z dzieckiem ma się rozumieć... do specjalisty najczęściej.... jedziemy... gadka szmatka...nagle widzę jak z naprzeciwka jedzie coś... coś bardzo niskiego... jakiś pojazd... ze sterczącą długą chorągiewką... mówię do mamy co to? ona na to że nie wie... jest jeszcze za daleko... zbliża się... a ja już nic nie mówię... to rowerzysta... niepełnosprawny.... jedzie na rowerze coś na kształt 3 kołowca... jedno koło wysunięte daleko do przodu... dwa  z tyłu... a on leży... i pedałuje rękami... za nim sznur samochodów... profesjonalnie ubrany... w okularach w kasku jak kolarz...
taki sam jakiego często mijasz na trasie... tylko na leżąco... patrzy w niebo... spojrzałyśmy na siebie z mamą... ale żadna z nas nie powiedziała ani słowa...

facet z okna samochodu widzi we mnie pewnie jakieś dziwadło i wariatkę... zgubiłam myszkę drewnianą... z targu staroci... upał straszny Tymon się wydziera jakby Go ze skóry łupali... Tośka marudzi że jej za gorąco... narobiłam rabanu... facet przygląda się i pewnie myśli że zgubiłam portfel z milionem dolarów... tymczasem... myszka kosztowła 2 zł.... ale jak ja ją mogłam zgubić...??? po powrocie do domu okazuje się że myszka cały czas była w wózku... no więc ja Tego pana chciałabym przeprosić za swoje zachowanie... chociaż ubaw miał pewnie przedni ;)

sznur aut pod lodziarnią... lody najlepsze na świecie... truskawkowe.... smak który pamiętam od dziecka... idę... pcham wózek... Tymon dzielnie obgryza wafelek... mijam auto... a za plecami słyszę szepty... "ten chłopczyk ma downa..."


ile aut... tyle historiii...
...z okna samochodu...
 


czwartek, 16 lipca 2015

rok...













































rok mija szybko... albo powoli... wydaje mi się że nam minął szybko... Tymon szczerzy w uśmiechu 6 zębów... i nieświadomy pośpiechu i krzątaniny wokół Niego... spokojnie odbiera prezenty...
synu... niech gwiazdy zawsze wiedzą o Twoich planach... i niech spadają często...












Polub Tochanę na Fb...